Jak mieszkam ze swoim smart home - co zostało, a co wyłączyłem

Zwykle piszemy tu o domach klientów. Ten wpis jest inny - opisuję własne mieszkanie, w którym instalacja działa od kilku miesięcy. Nie jest to laboratorium pokazowe, tylko dom, w którym normalnie się mieszka: z gośćmi, z pośpiechem rano i z żoną, która ma prawo weta wobec każdej automatyzacji. Piszę wyjątkowo w pierwszej osobie, bo to mój dom i moje decyzje.
Schody, czyli rzecz, która przekonuje gości
Najczęściej komentowany element instalacji to oświetlenie schodów. Dwa czujniki ruchu - jeden u góry, drugi u dołu - i przekaźnik sterujący światłem. Wchodzisz na schody, światło się zapala. Schodzisz w nocy do kuchni, światło zapala się przygaszone do kilkunastu procent, zamiast walić po oczach pełną mocą. Po przejściu gaśnie samo.
Brzmi banalnie i właśnie o to chodzi. Nikt w domu nie szuka włącznika na schodach od miesięcy, a nocne zejście po wodę przestało być operacją "po omacku albo oślepiony". Same schody wyglądają przy tym zupełnie zwyczajnie - cała elektronika siedzi w puszkach, na ścianie nie ma żadnej skrzynki ani kabli.
Czas podtrzymania ustawiłem metodą prób: 90 sekund od ostatniego ruchu. Krócej - światło gasło komuś, kto niósł kosz z praniem. Dłużej - świeciło pusto.
Sceny, których faktycznie używam
Scen mam w systemie kilkanaście. Używam trzech.
- Wieczór filmowy - jedno dotknięcie: główne światło w salonie gaśnie, zostaje przygaszona listwa za telewizorem i lampka przy kanapie, rolety zjeżdżają. Zanim to zrobiłem sceną, było to pięć czynności i dwa piloty.
- Wychodzę - przycisk przy drzwiach: gasi wszystkie światła, zakręca zawór wody pod zmywarką i pralką, wyłącza gniazdko z żelazkiem. Ten jeden przycisk załatwia całą kategorię "czy na pewno wyłączyłem".
- Dobranoc - to samo co "Wychodzę", tylko bez wody, plus przygaszone światło w korytarzu do łazienki na resztę nocy.
Pozostałe sceny - "kolacja", "poranek", "sprzątanie" - istnieją, ale odpalam je tak rzadko, że równie dobrze mogłoby ich nie być. To lekcja, którą powtarzam potem klientom: nie mnożyć scen na zapas, tylko zrobić trzy, które odpowiadają rzeczywistym momentom dnia.
Co wyleciało, bo wkurzało
Szczerość jest tu ważniejsza niż marketing, więc dwie porażki.
Pierwsza: automatyczne światło w łazience na czujnik ruchu. Na papierze świetne. W praktyce czujnik nie widzi osoby siedzącej nieruchomo pod prysznicem za zasłoną - i światło gaśnie w najgorszym możliwym momencie. Wydłużanie czasu nie pomogło, bo wtedy światło świeciło kwadrans po wyjściu. Wróciłem do zwykłego włącznika, czujnik został tylko od gaszenia zapomnianego światła po 20 minutach.
Druga: powiadomienia na telefon o otwartym oknie, gdy grzeje ogrzewanie. Logiczne, oszczędne - i po tygodniu kompletnie ignorowane, bo przychodziły przy każdym wietrzeniu. Zamiast powiadamiać, automatyzacja teraz po prostu przykręca głowicę w pokoju z otwartym oknem i odkręca po zamknięciu. Ten sam efekt, zero spamu. Ogólna zasada, do której doszedłem: jeśli automatyzacja wymaga mojej reakcji, jest źle zaprojektowana.
Wszystko lokalnie
Cała instalacja działa na lokalnej platformie automatyki, na małym serwerze w szafce technicznej. Żadna scena ani czujnik nie zależy od chmury - gdy pada internet, schody dalej się świecą, sceny dalej działają, bo cała logika siedzi w domu. Internet jest potrzebny tylko do podglądu z zewnątrz. Urządzenia dobierałem pod otwarte standardy, żeby nic nie było przywiązane do aplikacji jednego producenta - o tym, czym się różnią te standardy, pisaliśmy przy okazji Matter, Thread i Zigbee.
Po kilku miesiącach bilans jest prosty: zostało to, co zdejmuje z głowy drobne decyzje, wyleciało to, co domagało się uwagi. Dokładnie takie instalacje - z tymi samymi wnioskami, łącznie z tym, czego nie robić - stawiamy naszym klientom.
Masz pytanie o swój dom lub sprzęt?
Opowiedz nam o swojej przestrzeni lub projekcie. Odezwiemy się w ciągu jednego dnia roboczego z konkretną propozycją.
Skontaktuj się